Wiejski rytm

 

Zacznę może od tego, że jeszcze w szkole średniej nie wyobrażałam sobie mieszkać na wsi. Sądziłam że podmiejskim wszędzie daleko, nie będę widywać znajomych, będę się denerwować na ograniczenia komunikacyjne, koniec imprezowania na mieście. W mojej głowie od tamtej pory wiele się zmieniło. Obszary miejskie bardzo się rozrastają, nie jest już tak daleko. W dobie wszechobecnych sieci telefonicznych, nie stracę też żadnych znajomych, z którymi faktycznie chce mieć kontakt. Jeżeli chodzi o imprezy, to sto razy bardziej wolę leżeć na kocu i patrzeć w niebo.

 

Nie jestem całkowitym wiejskim laikiem, bo wszystkie wakacje w podstawówce spędzałam w maleńkiej małopolskiej wsi – Zalesiany, skąd pochodzi moja Babcia. Skakaliśmy tam na siano, łaziliśmy po lesie, wszystko podobnie jak w mojej ukochanej książce z dzieciństwa: ,, Dzieci z Bullerbyn”. Pamiętam, że zawsze jak wracaliśmy do Krakowa, to zahaczaliśmy o dom pewnego Pana, a jego żona przelewała nam do butelek jeszcze ciepłe mleko z metalowej bańki. Jak to pachniało…do tej pory uwielbiam takie mleko, z tym że teraz jest ono ciężko dostępnym rarytasem.

Aktualnie, chciałabym mieszkać jak najdalej od miasta. Mój zawód w tym temacie mnie ogranicza, bo nie mam możliwości pracy zdalnej. Natomiast, na pięknej podkarpackiej wsi mieszka rodzina bliskiej mi osoby. Jestem więc uprzywilejowana żeby spędzać tam czas 🙂

 

 

 

 

Mam wrażenie, że w Czerminie czas płynie wolniej. Kiedy tylko się tam znajdę, automatycznie czuję spokój. Błękit nieba, zieleń, na każdym kroku jakieś zwierzątko. Piękne rośliny, zboża, kwiaty. Można iść drogą, tak po prostu zerwać jabłko i je zjeść. W Krakowie to nie do pomyślenia. Nawet, gdyby gdzieś rosła dzika jabłonka, to jej owoc, najpewniej nie zachęcałby do zjedzenia.

 

To, co za pierwszym razem uderzyło mnie najbardziej, to to że na Podkarpaciu widać gwiazdy. Nie kilka pojedynczych, a całe ugwieżdżone niebo. W mieście jest tyle sztucznego światła, że czasem nie widać ani jednej.

Od jakiegoś czasu, coraz bardziej ciągnie mnie w stronę natury. Poza tym, na wsi wszystko płynie swoim rytmem. Jasne, ludzie również pracują i to nie mało, ale nie śpieszą się aż tak.

Wszystko ma swój czas. Na przykład sianie i zbierania plonów. Jest to uzależnione od pór roku i rytmu dobowego. Chyba to mi się tak bardzo podoba, że naturalnie wracasz do swojego wewnętrznego zegara. Nie pędzisz jak oszalały.

Przy okazji mojego ostatniego pobytu u przyjaciół, akurat trafiłam na okres żniw. To chyba najpiękniejszy czas na wsi.

 

żniwa

 

Rankiem budzi Cię pianie koguta, możesz przejść bosymi stopami po zroszonej trawie, a wieczorem słyszysz koncert świerszczy. Zapachy też są zupełnie inne. Tak chciałabym żyć, w rytmie natury.

Oczywiście, zdaje sobie sprawę że codzienne życie na wsi nie jest łatwe. Zwłaszcza jeżeli chodzi o pracę i zimową porę roku. Jednak zapewne i w tym chłodniejszym okresie, można znaleźć jakieś plusy. Szczególnie kiedy wiosną i latem żyłeś w naturalnym rytmie, a więc zgromadziłeś zapasy 🙂 

 

łąka

Leave a comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.